Ile razy profesjonalny piłkarz powinien podciągnąć się na drążku?

Edward Kowalczuk: Sześć.

Dlaczego akurat tyle?

Edward Kowalczuk: To był test Juergena Klinsmanna w reprezentacji Niemiec. Sprawdzał w ten sposób ogólną sprawność swoich piłkarzy. Problemy z zaliczeniem tego testu miał Per Mertesacker, wtedy zawodnik Hannoveru. Mierzy prawie dwa metry i ani razu nie mógł się podciągnąć. Po powrocie do klubu ćwiczył zawzięcie, żeby zdać następny sprawdzian. I to mu się udało. Kiedy Klinsmann zorganizował kolejny test, Per wykonał sześć powtórzeń.

Dziś piłkarze też podciągają się na drążku?

Edward Kowalczuk: W Hannoverze sprawność piłkarzy badamy przez wyciskanie sztangi w pozycji leżącej.

Ile musi wycisnąć zawodnik, żeby zaliczyć sprawdzian?

Edward Kowalczuk: 80 kilogramów.

Łukasz Piszczek wyciska w Borussii 115 kilogramów.

Edward Kowalczuk: U nas najlepszy jest Szabolcs Huszti, wyciska 125 kilogramów. Drugi jest Ron-Robert Zieler ze 115 kilogramami.

A nasz Artur Sobiech?

Edward Kowalczuk: 105 kilogramów. To ponadprzeciętny wynik.

Rafał Murawski po transferze do Rubina Kazań mówił: „Polacy nie odstają pod względem piłkarskim, tylko fizycznym. Kondycyjnie jesteśmy bez zarzutu, stać nas, by biegać cały mecz. Przegrywamy pod względem dynamicznym, rywale szybciej dobiegają do piłki".

Edward Kowalczuk: Trudno się z Murawskim nie zgodzić. Oglądam regularnie naszą ligę, widzę, że piłkarze podciągnęli się pod względem taktycznym, są też coraz lepiej wyszkoleni technicznie. Gołym okiem widać jednak deficyt w przygotowaniu fizycznym, w nim tkwią największe rezerwy. Polscy zawodnicy wyjeżdżający za granicę napotykają ogromną barierę, wynikającą ze zwiększenia intensywności treningów.

W sierpniu mógł pan na własne oczy przekonać się o stanie przygotowania fizycznego piłkarza z polskiej ligi, kiedy Hannover 96 grał ze Śląskiem Wrocław w eliminacjach Ligi Europy. Poza różnicą w operowaniu piłką to właśnie kontrast w przygotowaniu fizycznym najbardziej bił po oczach. Piłkarze Hannoveru zawsze o to jedno tempo byli szybsi od graczy Śląska.

Edward Kowalczuk: Spodziewaliśmy się większego oporu, szczególnie w pierwszym meczu. Czytałem wcześniej o nieporozumieniach między zawodnikami a trenerem. Może to miało wpływ na poziom ich gry? To, co rzucało się w oczy, to brak szybkości i dynamiki u piłkarzy Śląska.

Statystyczny zawodnik polskiej ligi z reguły w meczu wykonuje naście sprintów. Ale już Kebba Ceesay z Lecha w spotkaniu z Legią miał ich 21. Gdy porównamy go na przykład do Łukasza Piszczka, to obrońca Borussii robi w meczu średnio 27 sprintów.

Edward Kowalczuk: Wynik Ceesaya jest dobry, na poziomie Bundesligi. A Łukasz? To fenomen motoryczny, łączący cechy szybkościowe z wytrzymałościowymi, a do tego dochodzą jeszcze umiejętności piłkarskie. Podobnie jest z Błaszczykowskim. Obaj łączą trzy cechy w jednym, takich zawodników jest niewielu w Polsce.

Lechici w meczu z Legią przebiegli ponad 121 kilometrów. A już zawodnicy Bayernu Monachium w spotkaniu z Hannoverem pokonali 110,8 kilometra. Skąd taka różnica?

Edward Kowalczuk: Dystans przebiegnięty przez zawodników nie ma aż takiego znaczenia. Piłkarze Barcelony, uważani za najlepszą drużynę na świecie, biegają tyle co ci z Bayernu. To wynika z ich schematu gry, krótkich podań, poruszania się na małej przestrzeni, a nie na połaciach boiska. W statystykach zwraca się już uwagę na o innego.

Na co?

Edward Kowalczuk: Na łączny dystans sprintem pokonany przez wszystkich zawodników.

No to porównajmy. Lechici w meczu z Legią przebiegli tak 3,1 kilometra. Z Bundesligi przeanalizujmy średniaka. Niech będzie VfL Wolfsburg. W spotkaniu z Werderem Brema 3,7 kilometra.

Edward Kowalczuk: Średnia w Bundeslidze to 3,5–3,8 kilometra. Wynik Lecha nie jest najgorszy, w dolnych granicach przyjętych w Niemczech za dobre.

Ostatnie objawienia w polskiej lidze, jak Arkadiusz Milik czy Paweł Wszołek, poradziłyby sobie na Zachodzie pod względem przygotowania fizycznego?

Edward Kowalczuk: Łatwiej byłoby im się odnaleźć ze względu na możliwości piłkarskie niż ich przygotowanie atletyczne. To największe talenty w Polsce, ale czy od razu potrafiliby wywalczyć miejsce w składzie mocnego zespołu? Moje doświadczenie podpowiada, że nie.

Ile czasu potrzebuje polski zawodnik, żeby fizycznie odnaleźć się w Bundeslidze?

Edward Kowalczuk: Rok. Tyle zajmuje mu zniwelowanie braków atletycznych. Pamiętam początki Lewandowskiego w Dortmundzie czy Sobiecha w Hanowerze. Różnica była ogromna. Teraz już czują się dobrze, wystarczy porównać ich pierwszy sezon w Bundeslidze z kolejnym.

Trenerzy przygotowania fizycznego w Polsce są coraz lepiej przygotowani do zawodu. Materiały treningowe można już zdobyć bez problemu, a mimo to nasi zawodnicy wciąż odstają od tych z Zachodu. Może to wina genetyki?

Edward Kowalczuk: Owszem, garnitur genetyczny jest ważny, ale wiele parametrów można ulepszyć. Tyle że trzeba nad tym pracować jak najwcześniej, już z dziećmi. W takim wieku można poprawić najwięcej.

O ile procent może pan poprawić szybkość u piłkarza, załóżmy 25-letniego, który wyjedzie z polskiego klubu do Hannoveru?

Edward Kowalczuk: Niewiele, na to jest już za późno. Nad szybkością trzeba pracować od najmłodszych lat, wtedy wykonuje się największe skoki rozwojowe. U dzieciaków pomiędzy 9. a 12. rokiem życia nawet o 25 procent. W Hannoverze istnieje system monitorujący ich pracę. Znam przypadki, że chłopiec po przyjściu do klubu 30 metrów biega w 5,30 sekundy, a po roku specjalistycznych ćwiczeń poprawia się na 4,10 sekundy.

To skąd biorą się różnicę między piłkarzem w Polsce a w Niemczech?

Edward Kowalczuk: Już mówiłem, gdzie w naszym kraju jest najwięcej zaniedbań. W pracy z młodzieżą. W Hannoverze zawodnik trafiający z juniorów do pierwszej drużyny jest przygotowany na intensywny wysiłek. To, w jaki sposób z seniorami pracują polscy trenerzy, a jak ci zagraniczni, niewiele się różni. Tylko że ci drudzy dostają lepszy, że tak powiem, materiał ludzki. Dostają zawodnika z wyższą podstawową wydolnością, mogą z nim ćwiczyć w szybszym tempie. Inna jest też regeneracja zawodnika po wysiłku. Ci w Niemczech szybciej wracają do równowagi.

Jak to zmienić?

Edward Kowalczuk: Zacząć od podstaw. Na stażu w Hannoverze był u mnie Marek Szutowicz z Lechii Gdańsk, po nim przyjechali dwaj trenerzy z Zawiszy Bydgoszcz. Rozmawiam z nimi i wiem, że wykonywana praca z dorosłymi zawodnikami, zwłaszcza w tych największych klubach, jest prawie taka sama jak w Niemczech. Kolosalne różnice są w warunkach do treningu.Moi goście byli zaskoczeni bazą Hannoveru. Inaczej wygląda też monitorowanie pracy zawodników, w Niemczech jest dużo dokładniejsze. Ale to wina ograniczeń finansowych polskich klubów, a nie trenerów w nich pracujących.

Duża to różnica?

Edward Kowalczuk: Jako pierwsi w Bundeslidze kupiliśmy australijski system Catapult, pozwalający na całkowitą analizę ruchu zawodnika. Kosztował 100 tysięcy euro, korzystają z niego m.in. kluby NBA. Na treningi i sparingi zawodnicy zakładają specjalne kamizelki, z nadajnikiem GPS, które rejestrują ich ruchliwość w dół, w górę, w bok czy w przód. Mierzymy liczbę sprintów, prędkość osiąganą przez zawodników, ale też kontakty z piłką, podania. Dostajemy dokładne dane, które pomagają nam korygować pracę piłkarza. Nie ma szans, żeby ktoś się obijał na treningu i pozostał niezauważony. Od razu to wychwycimy. Ważna jest też diagnostyka.

To znaczy?

Edward Kowalczuk: Najczęściej ligowe mecze gramy w soboty, w niedzielę zawodnicy mają trening regeneracyjny, następny dzień jest wolny. Spotykamy się we wtorek rano na badaniach krwi i sprawdzamy mocznik. Trwa to pół godziny, wyniki dostajemy jeszcze przed treningiem. Jeżeli poziom mocznika we krwi jest wysoki, to powstaje zagrożenie kontuzją mięśniową. Wtedy zawodnikowi zmniejszamy obciążenia, albo po prostu zdejmujemy go z treningu. Dzięki takim badaniom zmniejszamy ryzyko urazów. Nie możemy niczego zaniedbać, ważny jest każdy szczegół. W tygodniu stale pilnujemy przygotowania zawodników do wysiłku.

Co robicie?

Edward Kowalczuk: Piłkarze co tydzień stają na specjalnej wadze, która oprócz ciężaru ciała określa zawartość wody w organizmie oraz poziom tkanki tłuszczowej. U piłkarzy dopuszcza się jej 10 procent. Nasz bramkarz Ron-Robert Zieler ma 6,5 procenta. To wynik bliski perfekcji.

Jakub Rzeźniczak z Legii ma 7 procent, ale są też tacy ligowcy, którzy mają 17 procent.

Edward Kowalczuk: 17 procent? Niech pan nie żartuje. To karygodne, niedopuszczalne dla zawodowego piłkarza.

Zawodnicy w naszej ekstraklasie często narzekają, że czują się zajechani, albo niedotrenowani. Mam nawet wrażenie, że tego nadużywają. Tania wymówka czy uzasadnione narzekania?

Edward Kowalczuk: Zajechanie czy niedotrenowanie to ich subiektywne odczucie. My, trenerzy, bazujemy na obiektywnych wynikach, bo po każdym treningu widzimy poziom zmęczenia zawodnika. Ale nawet jeśli nic z nich nie wynika, a ktoś narzeka na zmęczenie, nie bagatelizujemy tego. To może być początek infekcji, grożącej spiętrzeniem problemów. Wsłuchujemy, co mówi piłkarz.

Opowiada pan o postępach w przygotowaniu fizycznym, o jego znaczeniu, a wystarczy spojrzeć na tabelę polskiej ligi, żeby nabrać wątpliwości. W czołówce jest Polonia Warszawa, która przez zawirowania w klubie przygotowywała się do rundy raptem przez trzy tygodnie.

Edward Kowalczuk: W 1992 roku Duńczycy też nie przeszli pełnego okresu przygotowawczego, a zdobyli mistrzostwo Europy. Wyjątki potwierdzające regułę. Polonia ma młody zespół. Być może ci zawodnicy swoim potencjałem mogą zatuszować braki w przygotowaniu. Jeśli do tego trafili na mądrego trenera, który umiał odpowiednio dobrać obciążenia, mogło się udać. Generalnie jednak nie polecam takiej improwizacji. Na dłuższą metę skończy się katastrofą.

Trener Hannoveru 96 jest autorem nowatorskiej „reguły 10 sekund". Mirko Slomka, matematyk z wykształcenia i laureat olimpiad naukowych, wyliczył, że właśnie przez tyle czasu od momentu odbioru piłki akcja ofensywna musi zakończyć się strzałem. Zauważył, że zorganizowanie się w obronie po stracie zajmuje każdemu zespołowi minimum 10 sekund. Jak to wpłynęło na pana pracę, trzeba było przygotowywać zawodników inaczej niż wcześniej?

Edward Kowalczuk: Slomka wprowadził tę regułę dwa lata temu, na treningach poświęcaliśmy jej dużo czasu. Potrzebowaliśmy szybkich zawodników, ale takich mieliśmy już wcześniej. Ta metoda zdawała egzamin, rywale byli zaskoczeni. Z każdym miesiącem stosowało ją jednak coraz więcej zespołów, dziś praktycznie każdy w Bundeslidze tak gra. O skuteczności tej zasady można się było przekonać w wyjazdowym meczu Borussii z Ajaksem Amsterdam w Lidze Mistrzów, w którym dortmundczycy wygrali 4:1.

Co w dzisiejszej piłce jest najważniejsze w przygotowaniu fizycznym? Na co kładzie się nacisk?

Edward Kowalczuk: Motoryka. Liczy się szybkość, dynamika, akcenty przesunięto na siłę eksplozywną, funkcjonalną.

Siłę eksplozywną, czyli...

Edward Kowalczuk: ... zdolność rozwijania maksymalnej siły w jak najkrótszym czasie. Mówimy o atletyce piłkarskiej, w której ważne są gibkość i koordynacja. A do tego potrzebna jest stabilność tułowia.

Niech pan wyjaśni.

Edward Kowalczuk: Stabilność to podstawa treningu motorycznego, pomaga w pracy nad koordynacją, szybkością, skocznością. I właśnie na skoczności się skupmy. Zawodnik w czasie meczu potrzebuje idealnego odbicia, żeby wygrać pojedynek w powietrzu. Musi to zrobić w odpowiednim momencie, a do tego potrzebuje określonego napięcia mięśniowego. Dlatego cały gorset mięśniowy, który stabilizuje tułów, trzeba odpowiednio wypracować.

Jak bardzo zmieniły się przygotowania piłkarzy w ostatnich latach?

Edward Kowalczuk: Bardzo. Każdy chce na treningu odwzorować warunki meczowe. W Hannoverze piłkarze biegają na treningach w szybkim tempie maksymalnie po 25-35 metrów, bo tak najczęściej wyglądają sprinty w meczach. Inaczej budujemy wytrzymałość piłkarską. Odchodzi się od metod ciągłych, zrezygnowaliśmy z biegów ciągłych, nawet takich 3 razy po 8 minut. Zamiast nich przeszliśmy do wysiłków krótkich, charakterystycznych dla pracy piłkarza na boisku. Zindywidualizowaliśmy trening dla każdego z nich.

W jaki sposób?

Edward Kowalczuk: Wiadomo, że środkowy obrońca wykonuje o wiele mniej sprintów niż boczny, więc w czasie zajęć każdy z nich ćwiczy dokładnie to, co będzie mu potrzebne w meczu. Stoper nie biega sprintem osiem razy po kilkadziesiąt metrów, bo wiadomo, że takie sytuacje się nie zdarzają.

Sztaby trenerskie rozrastają się z sezonu na sezon.

Edward Kowalczuk: To efekt ogromnej presji towarzyszącej dzisiejszemu futbolowi, wymagającej szukania nowych rozwiązań. I przy okazji wąskich specjalizacji osób zajmujących się zawodnikami. Pamiętam, że kiedy 26 lat temu zaczynałem pracę w Hannoverze, oprócz trenera Juergena Wahlinga i mnie był jeszcze tylko masażysta.

A dziś ilu was jest?

Edward Kowalczuk: Mirko Slomka, jego asystent, trenerzy od taktyki, techniki i bramkarzy. Oprócz mnie jest jeszcze dwóch trenerów od przygotowania motorycznego, a naszą pracę koordynuje profesor Jürgen Freiweld, specjalista od ruchu motorycznego z Uniwersytetu w Wuppertalu, z którym współpracujemy od lat. Do tego dochodzi czterech fizjoterapeutów i dwóch lekarzy, obaj mają uprawnienia do akupunktury, są też osteopatami (specjalista od leczenia kości, stawów, mięśni, więzadeł – przyp. red.). Władze klubu podpisały umowę z kliniką w Hanowerze, która jest czynna dla nas przez całą dobę. Nawet w nocy możemy im zlecić badanie zawodnika.

Współczesny futbol to już detale. Po waszych zeszłosezonowych meczach w Lidze Europy trener Slomka kazał wymieniać klimatyzację w samolocie, żeby zminimalizować ryzyko złapania zarazków przez zawodników.

Edward Kowalczuk: Rozmaite rozwiązania podpowiada nam profesor Freiweld. To zgodnie z jego sugestią klub poprosił, żeby drużyna podróżując na mecz mogła latać na niższych wysokościach. Zwyczajowo samoloty osiągają wysokość 10 tysięcy kilometrów, u nas jest to 5–6 tysięcy. I to nawet w czasie godzinnych lotów, jak ostatnio do Monachium. Freiweld argumentuje, że dzięki temu zawodnicy będą mniej znużeni podróżą.

Szefowie Borussii Dortmund kupili za to swoim piłkarzom za milion euro futurystyczną maszynę Footbonaut. To klatka 14 na 14 metrów. Zawodnik, który do niej wchodzi, w każdej chwili może dostać piłkę z każdej strony, z ośmiu podajników i musi ją jak najszybciej kopnąć w miejsce wskazane przez robota. Uczy się dzięki temu techniki, koncentracji i szybkości reakcji. Z kolei w Mediolanie od kilku lat działa w najlepsze laboratorium wydłużające kariery piłkarzom Milanu. W przyszłości nauka może zdominować piłkę?

Edward Kowalczuk: Tego procesu nie da się zatrzymać. Żaden klub z ambicjami nie zrezygnuję z luksusu, jaki daje nauka. W Hannoverze kupiliśmy maszynę Globus Eurogoal, która z ogromną precyzją dośrodkowuje piłkę w pole karne. Dzięki niej próbujemy wiele wariantów rozegrania akcji, najczęściej trenują z nią napastnicy. Ale nie tylko oni, bo z kolei obrońcy uczą się zachowania w polu karnym, a bramkarze gry na przedpolu. Najważniejsze jednak, jak na takie nowinki będą reagować główni trenerzy, czy są gotowi na zmiany. Ci, którzy nie zauważą przemian zachodzących w piłce, zostaną w tyle.


Przegląd Sportowy /wywiad z Edward Kowalczuk 30-11-2012/